poniedziałek, 16 czerwca 2014

Od Thijsa C.D. Arina

Jechałem rowerem, przez ulice Jacksonville. Uśmiechałem się, a na moich policzkach widać było dołeczki. Uśmiech był średnio szczery. Miałem się zając jakimś miesięcznym dzieckiem. Przy najmniej nie będę musiał znosić samolubnych prawie nastolatków, które są przyzwyczajone że mogą robić wszystko. Jechałem przez miasto, rozglądając się. Mijając grupkę biegających dzieciaków, miałem wielką ochotę któregoś z nich potrącić. Tak po prostu. Poza tym, tydzień temu widziałem je jak malowały graffiti. Nie miałem nic przeciwko temu, ale ta akurat banda, z niewiadomych przyczyn mnie denerwowała. Ale jak to sie mówi; Nie oceniaj książki po okładce, czy coś... No i szkoda połamanych kośći. Po pewnym czasie dostrzegłem duży dom. Hm..Duży to mało powiedziane. Zsiadłem z roweru i zacząłem go prowadzić. Williams dobrze go opisała. Doszedłem do czarnych drzwiczek. Były otwarte. Bardzo dziwnie się czułem w tunelach, jakie tworzył murek. Może trochę jak w labiryncie. Miałem wrażenie że to morze zieleni zacznie wypełzać na ścieżkę, zalewać ją, aż w końcu wchłonie wszystko co się na niej znajduje. Nie oszczędzając nikogo, będzie trawić każde odmienne od swojego gatunku stworzenie, a w końcu dopnie swego i rośliny będzą jedynym tworem planety. Nie wystarczy im to i zaczną sączyć soki Ziemi, aż rozpadnie się na miliony odłamów. Wytrzeszczyłem oczy i zacząłem się nerwowo rozglądać. Chwasty, czy jak kto woli, códownie wypielęgnowana roślinność, miała mnie gdzieś i nie wykazywała najmniejszego znaku posiadania własnej woli. Poszedłem dalej. Postawiłem rower pod murkiem. Podreptałem spokojnie do drzwi. Przestałem soę uśmiechać, starając się opanować. Zapukałem.


<Arina? Jakaś niania? Jakaś niania?! Zaraz będzie Adrian w mikserze >.<(xd)>

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz